środa, 26 lutego 2014

Nieznana wersja piosenki Stachury! Zespół Zen

Wszyscy zainteresowani choć trochę Stachurą znają pewnie SDM-owe wykonania jego piosenek, znają Marka Gałązkę, a może też te zupełnie nowe interpretacje - Babu Króla czy Leniwca. Nie pisałam raczej o tych i wielu innych wykonawcach, uznając, że to taki mainstream, że każdy o nich wie. No, było niedawno napomknienie o Leniwcu, bo to na tyle nowość i na tyle nietypowa, że mogła komuś umknąć. Ale, ale - ostatnio usłyszałam wersję, której nigdzie w internecie nie ma i o której niewiele w ogóle wiadomo.

Najpierw o tym, jak to wyszło na światło dzienne. Piosenka pojawiła się w radiowej Trójce, w ramach audycji Piosenki bez granic Wojciecha Manna, a dokładniej w kąciku Ze szpulowca bigbitowca prowadzonym przez Michała Owczarka (do posłuchania w niedziele o 9:20). Tak tak, to będzie bigbitowa wersja Stachury... Cała koncepcja Ze szpulowca bigbeatowca opiera się na tym, że prezentowane są utwory nigdzie nie publikowane, wygrzebane przez red. Owczarka gdzieś w przepastnych archiwach Polskiego Radia. Dlatego właśnie to jest taka gratka - przypadkiem trafiło się nam coś zupełnie nowego stachurowego. :)


Wykonawcą jest zespół Zen, założony przez Wojciecha Waglewskiego na przełomie lat 60. i 70. Założyciel tak wspomina trasę koncertową w ZSRR: Pojechaliśmy tam bardzo długowłosi, w zmontowanym naprędce, typowo rockowym składzie, z anglosaskimi kawałkami w rodzaju "Feelin' Alright". Publiczność przyjmowała nas niczym Beatlesów. Nasi opiekunowie z "Komsomołu" byli przerażeni. A po powrocie do kraju okazało się, że mamy szlaban na paszporty na 5 lat i zakaz występów pod nazwą Zen. I na tym krótka historia zespołu się kończy.

Cytat i zdjęcie pochodzi z TEJ strony, odsyłam tam zainteresowanych.

A teraz czas na obiecane nagranie! Muszę przyznać, że autentycznie mi się podoba, choć generalnie bigbit do mnie nie przemawia (wybacz, Doktorze Wilczurze). Oceńcie sami.

Zen - Opadły mgły, wstaje nowy dzień

Zen - Opadły mgły, wstaje nowy dzień


PS. Kilka słów w ramach (próby) usprawiedliwienia się. Kolejna tak długa przerwa jest spowodowana tym, że - najpierw dopadła mnie sesja, potem dopadło mnie lenistwo, a w końcu dobiła konieczność zorganizowania sobie zajęć w nowym (daj Bóg, by był ostatnim!) semestrze. Wszystkich zaniepokojonych informuję, że żyję i mam się dobrze.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Muzeum Dobranocek w Rzeszowie

Wkrótce pojawi się wpis w tematyce stachurowej, bo dzięki uprzejmości pewnego redaktora z Trójki udało się zdobyć prawdziwą perełkę i koniecznie będę się chciała nią z wami podzielić, ale na razie cicho sza.

Jeszcze w grudniu (o ratunku, a tu już połowa stycznia, miesiąc zwlekałam z wpisem...) wybraliśmy się do Rzeszowa, który kojarzył mi się do tej pory tylko z pomnikiem osobliwej urody - może ktoś wie, który mam na myśli. Okazało się, że miasto godnie pracuje na nazwę ReSOVIA, wszędzie było pełno sów. A to pomniki, a to Willa pod Sową, prawdziwe miasto sów. Tradycyjnie zwiedziliśmy podziemia. Poza tym nie za bardzo było co zwiedzać, bo w Zamku Lubomirskich mieści się sąd, a w Pałacu Lubomirskich jakiś wydział uniwersytetu - wszystko pozamykane na cztery spusty. Obeszliśmy się smakiem. Na osłodę Rzeszów ma do zaoferowania wystawy w BWA i urocze Muzeum Dobranocek, w którym jest sporo lalek ze słynnych bajek, trochę klisz z bielskiego Studia Filmów Rysunkowych, wielki Miś Uszatek, z którym sobie można strzelić fotkę na fejsika, jakieś pamiątki, drobnostki (papierki po słodyczach z bajkowymi motywami nawet), no i sala, gdzie na okrągło lecą dobranocki, można oglądać do porzygania. My trafiliśmy na Bolka i Lolka - okazał się jeszcze nudniejszy niż zapamiętałam :) więc też tam nie zagrzaliśmy długo miejsca. No to kilka zdjęć z muzeum.

Na początek Colargol, miś średnio lubiany, z tego co zaobserwowałam z rozmów z różnymi ludźmi, wszystkim się wydawał gapowaty i irytujący.




Miś Uszatek z ekipą królików i prosiakiem.




Mapa Doliny Muminków (była też ładna kolekcja muminkowych kubków i innych gadżetów z Finlandii).



... i jeszcze trochę starego sprzętu, który nie mam pojęcia do czego służy.



I jeszcze rynek w Rzeszowie uchwycony między dniem a nocą.



Rzeszowa jakoś wybitnie nie polecam, bo chociaż nie jest to brzydkie miasto, to jednak trochę opustoszałe i wiele się tam nie dzieje. Ale to moja subiektywna opinia po spędzeniu tam zaledwie krótkiego zimowego dnia, więc można jej w ogóle nie brać pod uwagę.

PS. Ponieważ doszły mnie słuchy, że jakiś czytelnik odnalazł mnie na Puszce i chwalił za przepisy, wychodzę na przeciw oczekiwaniom - po prawej stronie znalazł się link "Gotuj z Sową!" do moich (kilku na krzyż) dokonań kulinarnych. Już dawno niczego nowego nie dodawałam, bo też raczej jestem ostatnio odtwórcza, a nie twórcza, ach, weny brak, ale może to mnie zmobilizuje do wymyślenia jednak czegoś nowego. Polecam się więc :)

wtorek, 3 grudnia 2013

Zamki w Niedzicy i Czorsztynie

Dziś krótka relacja z dwudniowej wyprawy w Pieniny. Nie chodziliśmy po górach - jesteśmy raczej mieszczuchami, więc w błocie i śniegu, a potem też deszczu, byśmy niechybnie zginęli. Zobaczyliśmy pobieżnie Nowy Targ. Tam nic ciekawego oprócz, nomen omen, targu, który był tak rozległy, że aż przecierałam oczy ze zdumienia. Dojechaliśmy do Niedzicy wesołym busem, w którym wszyscy pasażerowie mówili gwarą. Na miejscu zakwaterowaliśmy się, przegrupowaliśmy, i wyruszyliśmy zdobywać pierwszy zamek. Wcześniej byłam tam już dwa razy, najpierw z rodzicami (tego nie pamiętam), potem z wycieczką szkolną (ale okazało się, że z zamku kojarzyłam tylko znak ostrzegający przed duchami i studnię).

Zamkek w Niedzicy

Dziedziniec

Widok z tarasu na zamku

Oprócz samego zamku warto też zobaczyć Wozownię - tam mnóstwo powozów, głównie z początku XX wieku. Przypasowywałam pojazdy do charakterystycznych scen z Przedwiośnia - bo była i karoca, w której różne rzeczy mogły się dziać między Cezarym a Laurą, i lekka spacerowa bryczka, z której Cezary i Hipolit wypadli prosto w błoto... Odzywa się we mnie dawne zamiłowanie do Żeromskiego, którego czytałam namiętnie aż do liceum. Tam się dowiedziałam, że to jest grafomaństwo zwane żeromszczyzną i zaczęłam widzieć wyraźnie wszystkie wady. :) Mimo to nadal mam do Żeromskiego sentyment i może nawet którąś z powieści niebawem sobie przypomnę.

Ale, ale. Zamki są cudownie położone - po dwóch stronach Jeziora Czorsztyńskiego, dosłownie rzut beretem od siebie. W sezonie można się łatwo przedostać z jednej strony na drugą jakąś gondolą czy statkiem. Po sezonie nie kursuje nic. I wtedy bez samochodu robi się trochę problematycznie...

Widok z zapory na Jeziorze Czorsztyńskim - w oddali widać też zamek w Czorsztynie

Widok na zaporę na Jeziorze Czorsztyńskim od strony zamku

Okazało się, że autobusy też nie jeżdżą. Drugiego dnia rano zdecydowaliśmy się więc pokonać 14 kilometrów piechotą, wzdłuż drogi bez pobocza, za to częściowo przez Pieniński Park Narodowy. Po drodze dwa razy mieliśmy nadzieję, że uda się choć kawałek podjechać autobusem, najpierw w Sromowicach Wyżnych, potem na drodze z Hałuszowej, ale nic z tego, nic nie jechało. Kierowcy też nie znali litości, nikt nie zabrał nas na stopa. Zmarnowaliśmy trochę czasu na bezsensowne czekanie na przystankach, odpoczynki w drodze i moje wybuchy frustracji, bo nie uśmiechało mi się specjalnie wędrowanie tak daleko w deszczu, który uparcie padał. Po dziesiątym kilometrze zaczęło mi już być cudownie wszystko jedno. Skraje dróg wyglądały mniej więcej tak:

Się szło skrajem drogi straszliwie i cudownie samotnym

W końcu dotarliśmy do Czorsztyna. Zamek całkowicie wyludniony, czynna była tylko kasa w budynkach kilkaset metrów przed ruinami (podobno zimą wszystko jest już zamknięte na cztery spusty). M. twierdzi, że to żaden zamek, tylko co najwyżej jakiś kasztel. Mnie się podobał maleńki dziedziniec i mnóstwo przejść schodami na tarasy i do kolejnych pomieszczeń, które były tak podobne do siebie, że można się było pogubić. Warto było iść taki kawałek.

Zamek w Czorsztynie

Fragment murów

Cudny widok z zamku

Później doszliśmy jeszcze do Krośnicy, skąd udało się już podjechać stopem do Krościenka nad Dunajcem. Stamtąd jeździły bezpośrednie autobusy do Krakowa, więc nie było więcej przygód i problemów. W Krakowie lało trzy razy bardziej i zrozumiałam, że i tak zostaliśmy potraktowani przez deszcz ulgowo.

Jeśli ktoś zdecyduje się jechać samochodem, pewnie uda mu się zobaczyć dwa zamki jednego dnia. Podobnie latem, kiedy pływają statki. Mimo to, warto posiedzieć tam trochę dłużej, żeby pooddychać świeżym powietrzem, a przy dobrej pogodzie wyruszyć na szlak. Jedźcie, wędrujcie, jest cudnie i bardzo spokojnie.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Poezja a poetyckość

Jeśli mnie zapytacie, co wolę - poezję czy prozę - odpowiem, że oczywiście prozę.  Od tomików Szymborskiej czy Krynickiego wolę kawał dobrego beletrystycznego mięcha. Ostatnio Instytut Żulczyka (tak, jestem specem w czytaniu współczesnych książek kilka lat po premierze - Sowa jak zawsze nie na czasie) i trochę starego dobrego H.G. Wellsa. Ale prawda jest taka, że uwielbiam prawdziwą poezję. Taką surową, dotykającą do żywego, która ma władzę zamącić porządnie w głowie i zmienić cię na zawsze. Tylko jest jeden problem. Wydaje mi się, że kiedy mówi się "poezja", większości z nas wyświetla się przed oczami to całe słodkie pitu pitu, które poezję udaje - kiepskie erotyki, oklepane metafory i nadmiar słów, zwykle podane w towarzystwie przygaszonych świateł i plumkającej w tle gitary. Można to coś, co udaje poezję, nazwać poetyckością. Tak też nazwał to Janusz Rudnicki, którego chcę wam dzisiaj zacytować. Myślę, że trafił w sedno sprawy. Cytaty są bliźniaczo podobne i pochodzą z różnych książek - Śmierci czeskiego psa i Męki kartoflanej.

    "Byłaby więc poetyckość przypadłością dzisiejszej naszej literatury?
    Ta wysypka na poezji, huba na jej drzewie. Te zaloty do literatury. Ta smętna kokietka, która z daleka już chce być podziwianą. To jajko ugotowane na miękko i za wcześnie wyjęte. Ta stara kurwa po liftingu, oszustka, podróbka oryginału.
    Poezja może spaść na głowę tak jak doniczka z balkonu, pionowa jest, poetyckość, jak kolorowa bielizna na sznurze, rozłazi się w prawo i lewo, żeby dłużej się nią zachwycać. Poezja to twarz, poetyckość to spowijający ją welon. Poezja to redukowanie, kucie żelaza na gorąco, poetyckość to dodawanie, dmuchanie baniek w hucie kolorowego szkła.
     (Literatura dzieli się na poezję i poetyckość)."

Janusz Rudnicki, Męka kartoflana, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2000, s.138.

    "Mam obawy z poezją śpiewaną związane. A z piosenką poetycką w szczególności. Bo mi za dużo poetyckości w poezji śpiewanej. Nie lubię. Nie przestanę powtarzać, nie lubię. Poetyckości. Tego dymu, snującego się po ścianach ze świecami. Poezja to ogień, nie dym. Albo twarz, poezja to twarz, a poetyckość to powłóczysty, muskający ją welon. Poetyckość ma się tak do poezji jak ładne porównanie do wyjebanej w kosmos metafory. Poezja spada na łeb jak donica z balkonu. To moment, sekunda, błysk. Impuls, porażenie. Piorun, bo poezja jest pionowa. A poetyckość jest pozioma, rozlewa się w prawo i w lewo, żeby dłużej się nią zachwycać. Jak pranie na wietrze. A poezja to sznur, na którym to wilgotne, zalotne pranie wisi. Poetyckość to petting, poezja to rżnięcie. Poezja to odejmowanie, redukowanie, to kucie żelaza. A poetyckość to dodawanie, to dmuchanie kolorowego szkła. Poetyckość to choroba, to wysypka poezji, to huba na jej drzewie."

Janusz Rudnicki, Śmierć czeskiego psa, WAB, Warszawa 2009, s. 147­­–148.


Poezja to ogień, sznur, redukowanie. Poezja jest pionowa. Rudnicki chyba po prostu wyraził lepiej to, co miałam na myśli, porównując Stachurę (poezja) z SDM-owymi aranżacjami jego utworów (poetyckość).

wtorek, 17 września 2013

Morze

Wyjazd nad morze, nasze polskie Bałtyckie rzecz jasna (przypomina mi się Rudnicki i jego opowiadanie Odwiedziny, w którym bohaterka matką zwana nie wierzy, że do Niemiec dopływa to samo morze - "Bałtyk w Polsce przecież!") uważam za obowiązkowy suplement zbilansowanej diety, dawka powinna wynosić siedem dni, raz na rok, by zapewnić zdrowie psychiczne i twórcze biednym głowom z głębin kraju. Niezbędne jest zaczerpnięcie morskiego powietrza, nie mówię przecież że czystego, ale na pewno wolnego, przetrząśniętego do imentu zimnym skandynawskim wiatrem. Zatankowanie płuc do pełna. Myślę, że gdybyśmy nie mieli dostępu do morza, to byśmy się już dawno podusili. Spalinami wydzielanymi przez zmęczone umysły. Nie wiem, jak to możliwe, że tacy Czesi na przykład jako naród przetrwali, i to jeszcze z jakim poczuciem humoru, jak beztrosko. Ale i przyziemnie, bo Czesi nieprawdopodobnie mocno trzymają się gruntu pod nogami. Na pewno właśnie dlatego, że nie mają tego pasa startowego w postaci plaży, który by im pozwolił na wzbijanie się ponad ziemię.

poniedziałek

wtorek

niedziela

Wiadomo, że trzeba jechać nad morze poza tak zwanym sezonem i w miejsca mniej popularne, jak na przykład do Sztutowa, żeby można było zobaczyć pustą plażę i uniknąć jarmarczno-odpustowego folkloru budek z jedzeniem i pamiątkami (które wszędzie identyczne, te same już od dwudziestu lat chyba). Najlepiej też w okolice jakiegoś Parku Narodowego, który nam zapewni leśne szlaki. W Sztutowie zaczyna się Rezerwat Kormoranów, bardzo urokliwy, aczkolwiek od połowy sierpnia opustoszały, bo kormorany zimują już w krajach cieplejszych niż nasz. Nie można mieć do nich o to żalu.

Schodziliśmy też wszelkie okoliczne skraje dróg, w Kobylej Kępie, Kątach Rybackich, Krynicy Morskiej i Stegnie. To jest ten plus podróżowania nie-samochodem - masz szansę własnonożnie przejść o wiele więcej leśnych i wiejskich ścieżek, zobaczyć drewnianą sowę na podwórkowej studni, obok paskudne blaszane muchomory, zardzewiały kontener (garaż?), który w gąszczu zieleni wygląda jak łódź podwodna, zostać obszczekanym przez psy i iść drogą, która zamienia się w miedzę, a w końcu całkiem znika, kończąc się ścianą roślinności o wybujałej wyobraźni. To przede wszystkim - iść, iść, iść.


"Gdzie nas powiedzie skrajem dróg gzygzakowaty życia sznur?"

czwartek, 22 sierpnia 2013

Wrocław w jeden dzień - wege knajpy

Z paskudnym opóźnieniem, ale w końcu jestem, przynosząc wpis o wegańskich (i nie tylko) knajpach we Wrocławiu. Może komuś przydadzą się moje komentarze, może ktoś, na przykład, poczuje zew podróży i wyjedzie na jeden dzień tylko po to, żeby spróbować sałatki dnia z Machiny Organiki i posiedzieć przy okazji gdzieś na miejskiej ławeczce. Będzie mi bardzo miło.

Jako że odpadły koszty związane z noclegiem, postanowiliśmy zaszaleć we Wrocławiu kulinarnie. Tym bardziej, że było gdzie szaleć - na naszej mapie pojawiły się trzy iksy oznaczające miejsca, gdzie podobno można dostać coś więcej niż standardowe frytki z surówką.


Vega jest dla mnie fenomenem z kilku względów. Przede wszystkim - bar istnieje już 25 lat! Startował jako wegetariański, dopiero niedawno przeistoczył się w całkowicie wegański (a o takie knajpy naprawdę trudno, przynajmniej w Krakowie nie ma knajpy w stu procentach wegańskiej). Znajduje się w absolutnym centrum miasta (w Sukiennicach, przy rynku), udowadniając, że jest popyt na niemięsne jedzenie. Przekrój wieku klientów jest zaskakujący - goszczą tam zarówno młodzi, jak i starsi, samotnie i w grupach znajomych. Drzwi się nie zamykają, ciągle ktoś przychodzi, bywa, że przy ladzie tworzy się spora kolejka. Wystrój po niedawnym remoncie jest w porządku - wnętrze wygląda przejrzyście, estetycznie, ale i przytulnie, dzięki elementom starych sprzętów i mebli. Na środku znajduje się szeroki "stół społeczny", przy którym można swobodnie usiąść, jeśli przyszło się samemu.



A teraz do meritum. W menu raczej nie znajdziemy nic wymyślnego. Są to głównie różnego rodzaju kotlety z surówką i pieczonymi ziemniakami, naleśniki na słodko, gołąbki, zupy. Coś w rodzaju tradycyjnej kuchni polskiej, tyle że w wersji wegańskiej. Była też np. sałatka grecka z tofu zamiast fety. Ja jadłam kotleta z buraków i pestek słonecznika, który był wprost fenomenalny! Mocną stroną Vegi są sosy - chilli lub "majonezowy", naprawdę dobry i do złudzenia przypominający tradycyjny majonez. Na deser możemy zjeść kawałek smakowicie wyglądającego tortu z kremem i owocami. Z opcji bezglutenowych był tofurnik - moim skromnym zdaniem spód miał nieco zbyt suchy i całość wyszła bez większych rewelacji. Może czas się pogodzić z faktem, że bezglutenowe ciasteczka są mocno średnie. Do picia dostaniemy w Vedze koktajle owocowe na mleku sojowym, świeże soki i wodę arbuzową (to chyba tylko sezonowo). Aha, no i są lody, sorbety, po 3 zł za gałkę. Ceny przeciętne - kilkanaście złotych za obiad, ok. 7 zł za ciasto.

2. Machina Organika



Machina Organika zrobiła na mnie dobre wrażenie. Wystrój restauracji ma w sobie coś magicznego - pomalowany na niebiesko front, mnóstwo zieleni, ornamenty na kafelkach, którymi pokryta jest część ścian, estetyczne tablice z wypisanym kredą (ruchomym) menu... Jest po prostu bardzo ładnie i przyjemnie spędza się tam czas. Magiczne jest też jedzenie. Sałatka dnia (15 zł) zaskoczyła nietypowym połączeniem smaków. Była w niej sałata, kiełki, surowa cukinia, orzechy nerkowca... i pomarańcza, całość polana była lekkim pomarańczowym sosem. W wersji pierwotnej w sałatce miał znajdować się makaron, ale bez problemu został zamieniony na dodatek bezglutenowy - coś w rodzaju chlebka lub placka z siemienia lnianego, który smakował tak wspaniale, że śni mi się po nocach (w towarzystwie kotleta buraczanego z Vegi). Można więc zjeść naprawdę zdrowo i dać się zaskoczyć czymś mniej oczywistym i standardowym niż falafel.

3. Złe Mięso



Od razu zaznaczam, że w Złym Mięsie niczego w końcu nie jedliśmy, więc nie oceniam go pod tym względem. Mimo to chciałabym zaznaczyć, że takie miejsce jest, że świetnie się nazywa i że niektórzy mogą tam coś zjeść. Mówię niektórzy, bo kiedy zapytaliśmy właściciela, czy dostaniemy coś wegańskiego bezglutenowego, przyjrzał się krytycznie menu, podrapał po głowie i przyznał, że najwyraźniej nie... Bo w menu głównie burgery i falafele w tortilli. Znów nic wyszukanego, ale biorąc pod uwagę, że to miejsce ma formę budki z fastfoodem, nie oczekuję niczego więcej. Trzeba też zaznaczyć, że jest to knajpa wegetariańska, w wielu daniach znajdziecie ser.


Wiem, że we Wrocławiu jest jeszcze kilka miejsc z roślinnym jedzeniem, jednak dzień jest krótki, a pojemność żołądka ograniczona, więc pozostałe jadłodajnie zostawmy sobie na czarną godzinę i kolejny wyjazd, w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Żeby zamknąć temat Wrocławia, wspomnę jeszcze o jednej kwestii, o której zupełnie nie wiem, co myśleć. Przy ul. Stare Jatki znajduje się Pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych. Brzmi jak coś stworzonego z inicjatywy środowisk prozwierzęcych. Nic bardziej mylnego. A wszystko przez tabliczkę, na której widnieje napis... "Ku czci Zwierząt Rzeźnych - Konsumenci". Nie żartuję. Dla mnie to brzmi zupełnie jak "Ku czci Ofiar Holokaustu - naziści", w dodatku wypowiedziane w samym środku II wojny światowej. Mam wrażenie, że osoba, która wymyśliła to hasło, nie zdawała sobie sprawy, co właśnie wymyśliła. Kogoś jeszcze tak to szokuje czy po prostu przesadzam?



piątek, 16 sierpnia 2013

Wrocław w jeden dzień - subiektywny przegląd miejsc wartych zobaczenia

Jak już ostatnio wspominałam, o kierunku "Wrocław" zadecydowały tanie bilety na ekspresowy autobus. Tani, wygodny, z klimą, pędzący autostradą bez żadnych przystanków po drodze. Brzmi jak ideał, ale miał jedną zasadniczą wadę. Wyruszał o 6.40 - czyli w środku nocy według standardów sowich. Po resuscytacji kawą i ziółkami (yerba mate z guaraną) udało się wykrzesać siły na 10-godzinne powłóczenie nogami po mieście. Olaliśmy wchodzenie do wszystkich starych kościołów, bazylik czy czego tam jeszcze, których jest chyba więcej niż w Krakowie (sic!), podobnież panoramę Racławicką, muzea historyczne, ZOO i inne takie turystyczne standardy. Zamiast tego udało się wyłapać kilka perełek, których się nie spodziewałam. 

1. Karpie koi w Ogrodzie Japońskim

Ogród Japoński sam w sobie jest całkiem urokliwy i z pewnością nadaje się na standardową sesję ślubną (o czym wie zarządca ogrodu, pobierając stosowną opłatę za takąż), jednak prawdziwymi gwiazdami są karpie koi z tamtejszego stawu. Półmetrowe, tłuste ryby majestatycznie opływające swoje włości, jedne łaciate, inne szarożółte są absolutnie fantastyczne. W alternatywnej rzeczywistości mogłabym być hodowcą karpi koi i całe dnie wpatrywać im się w pyszczki. Po prostu idealnie piękne.



Obok ogrodu widzieliśmy wrocławską fontannę i mimo że było zupełnie jasno, jakiś tam krótki spektakl wodno-muzyczny się odbył. Do Hali Stulecia nie wchodziliśmy. Ogród Japoński jest częścią Parku Szczytnickiego (lub po prostu z nim sąsiaduje, nie wiem, jak to administracyjnie wygląda), w którym podobno znajduje się drewniany kościółek. Mówię podobno, bo pomimo schodzenia parku wzdłuż i wszerz kościółka nie znaleźliśmy. Diabeł go nakrył ogonem i koniec. Nadal nie wierzę, jak to jest w ogóle możliwe, żeby nie móc znaleźć budynku, który według wszelkich wskazówek jest właśnie w tym miejscu, gdzie stoisz... ale najwyraźniej jest.

2. Polska sztuka współczesna - wystawa w Muzeum Narodowym

Na sztuce współczesnej znam się równie słabo jak na architekturze i mam z nią "tyle wspólnego, co z samochodami drogimi, czyli nic", co jednak nie przeszkadza mi w zachwycaniu się tym i owym i rozpoznawaniu jednak stylu najważniejszych twórców. Muzeum Narodowe zwiedzaliśmy w trybie ekspresowym - znaleźliśmy się w pobliżu, a do zamknięcia pozostało pół godziny. Rzutem na taśmę dostaliśmy się na na wystawę sztuki współczesnej. Nie spodziewałam się niczego (jak zwykle zresztą... dzięki niskim oczekiwaniom mam życie pełne pozytywnych zaskoczeń), a zobaczyłam sporo. Były obrazy Witkacego, moje ulubione wypukłe parasole na pracach Kantora, całe pomieszczenie pełne instalacji Hasiora, do tego Magdalena Abakanowicz, Jerzy Nowosielski i mnóstwo innych świetnych rzeczy (niektórych trochę mniej świetnych), na których przecież się nie znam, ale podobały mi się szalenie. Jeśli ktoś się interesuje sztuką współczesną, to niech tam bieży czem prędzej.

Tadeusz Kantor, Emballage II “Parasol i postać”, 1967. Własn.: Muzeum Narodowe we Wrocławiu

3. Widok z wieży Kościoła Garnizonowego p.w. św. Elżbiety

Obejrzenie każdego miasta z góry uważam za obowiązkowy punkt programu. Warto spojrzeć szerzej, umiejscowić sobie poszczególne punkty względem siebie, zobaczyć, gdzie się miasto kończy i czy się kończy, i jak się kończy. Ogarnąć wzrokiem całą starówkę. Ten punkt widokowy był wyjątkowo trudny do zdobycia - trzeba się było wspiąć po bardzo wąskich i stromych kręconych schodach, co było średnio przyjemne dla osoby ze skłonnościami klaustrofobicznymi i równie średnio ciekawe. Ale warto.






4. Murale

Jak w każdym mieście - warto oglądać budynki, patrzeć w górę. Murale nie przebiły jednak tych z Lublina - tam były naprawdę pomysłowe, w żywych kolorach, ponadto pojawiały się też wiersze, m.in. Krynickiego, za co duży plus. We Wrocławiu moim numerem jeden jest kłódkowa pani pożerająca kluczyk. Czy to nie jakiś drugi poziom meta? Metafora metafory kobiety modliszki? To tylko robocza teoria, zróbcie z nią co chcecie.







Chciałam opowiedzieć o Wrocławiu w jednym wpisie, ale po namyśle doszłam do wniosku, że jedna kwestia zasługuje na osobny post - który jednak z postem nie będzie miał wiele wspólnego, bo będzie mowa o... jedzeniu :) Zapraszam już pojutrze.